Trwa wczytywanie...

Border War 11 - The Pestilence Blade

24.04.2019Autor: LogaNKomentarze: 4

W dniach 11-14.04.2019 odbyła się 11. edycja głównej imprezy z cyklu Border War, opatrzona nazwą The Pestilence Blade. W tym roku rozgrywkę czekało wiele zmian, a najbardziej rzucającą się w oczy była rezygnacja ze sprawdzonego terenu we Vrchbeli. Jak wypadła tegoroczna edycja, okiem szeregowych graczy "partyzantki"? Zapraszamy do lektury!

SŁOWEM WSTĘPU


Tegoroczna edycja Border War była dla mnie i mojej ekipy (RQS Airsoft) już siódmą z rzędu. Przez te kilka lat uczestnictwa zdążyliśmy wracać z czeskiej Vrchbeli w skrajnych nastrojach. Od zachwytu, poprzez umiarkowane zadowolenie, kończąc na rozczarowaniu. Ubiegłoroczna, dziesiąta edycja, zapowiadana była jako coś wyjątkowego. Drobne zmiany w rozgrywce rzeczywiście się pojawiły, nie były jednak na tyle duże, by zmienić ogólne postrzeganie "Bordera".



Z tej przyczyny zapowiedziano jeszcze większe zmiany, które miały dotknąć tegoroczną edycję opatrzoną nazwą "The Pestilence Blade". Nie można tutaj niczego zarzucić organizatorom, bo zmiany rzeczywiście były duże. Ale czy na pewno poszły one w dobrym kierunku?


ZMIANY, ZMIANY


Zmianą, która już od wielu miesięcy mocno rzucała się w oczy, była rezygnacja ze sprawdzonego i oklepanego już terenu Motorlandu Bela, na rzecz lasu w okolicznej miejscowości Mimon. Odkładając na bok sentymenty związane z Vrchbelą, subiektywnie uważam tą zmianę za dobrą. Pomimo mniejszej różnorodności lasu w stosunku do terenu we Vrchbeli, dało się odczuć nutę świeżości, której od dawna już brakowało. Najważniejszą zmianą związaną z terenem rozgrywki był fakt, że nie był on już przecięty na pół publiczną drogą. Począwszy od BW7, stało się to dużym utrapieniem dla graczy, gdyż przekroczenie tej drogi możliwe było wyłącznie w dwóch miejscach wyznaczonych przez organizatorów.

Nowy teren niósł ze sobą także inne rozmieszczenie strefy offgame, parkingu, baz oraz wioski. Offgame i parking zostały bardziej odsunięte od terenu gry, co miało zachęcić graczy do spania w MOBach. Standardowo już, baza Task Force znajdowała się bliżej parkingu niż baza Partyzantki, ale to jest nieodłączny element BW.



Inną z istotnych zmian okazało się ograniczenie liczby graczy do około 1500 (to niemalże dwukrotnie mniej niż na BW10), co w założeniu organizatorów miało spowodować większą selekcję graczy, a w efekcie podniesienie jakości rozgrywki. Było to także bardzo dobrym pretekstem do, a jakże, podniesienia ceny biletów. Bilety kupione w ciągu pierwszych 10 minut regularnej rejestracji kosztowały 70-80 EUR. Bilety kupione przed regularną rejestracją, a także w trakcie tzw. "czwartej fali" kosztowały 100 EUR.

Organizatorzy przewidzieli jeszcze jedną, dodatkową możliwość: kupno biletu VIP za 125 EUR. Uprawniał on m.in. do wjazdu na parking VIP, znajdujący się o około 1,5km bliżej terenu rozgrywki.

Ostatnia zauważalna zmiana dotyczyła samej rozgrywki. W zamyśle organizatorów być może było to kosmetyczne usprawnienie mające ukrócić działania na własną rękę, jednak w praktyce zmieniło to znacznie więcej. Teren MOBów został wyłączony z gry. Początkowo mowa była tylko o nocy, jednak ostatecznie okazało się, że nawet za dnia nie dopuszczano graczy w pobliże baz przeciwników. W kontekście działań dziennych zmieniało to tak naprawdę niewiele, jednak potyczki nocne ucierpiały na tym w sposób znaczący.



Nie chodzi tutaj nawet o to, że nasza ekipa nie mogła kontynuować kontrowersyjnej tradycji z lat ubiegłych i wchodzić nocą do obozu TF w celu wywołania chaosu. To można przeboleć, jeśli w zamian zapewnione są inne działania nocne. Problem z Border Warem jest jednak taki, że organizatorzy planują zaledwie jedną misję nocną w ciągu jednej doby, która rozpoczyna się o 21:00 lub 22:00 i kończy maksymalnie o północy. Kolejne rozkazy wydawane są dopiero o godzinie 8:00 rano, a więc każdego dnia ciągłość dowodzenia zrywana jest na 8 godzin.

Na poprzednich edycjach nie było to wielkim problemem. Brak oficjalnego zakazu bawienia się nocą na własną rękę skutkował obecnością w terenie wielu graczy, dla których działania po zmroku są frajdą. W tym roku, wykluczenie takiej możliwości spowodowało, że mało kto opuszczał nocą bazę, gdyż zwyczajnie nie było po co. Rozgrywka niemalże zamarła więc w godzinach 00:00-08:00.

To sprawia, że z zapowiadanej 48-godzinnej rozgrywki, usilnie (i trochę nieudolnie) aspirującej do miana milsima, zrobiła się zaledwie 32-godzinna zabawa, niemalże pozbawiona działań po zmroku. MOBy, które nie mogły być zaatakowane, były pozbawione wart i na noc zamieniały się w zwyczajny kemping. Czy naprawdę w takim kierunku powinien iść Border War, zwłaszcza po szumnych zapowiedziach organizatorów o położeniu silniejszego nacisku właśnie na aspekt milsimowy?


PRZEBIEG ROZGRYWKI


RQS Airsoft w tym roku trafił do pierwszej drużyny drugiego plutonu kompanii Charlie. Pierwszą drużyną dowodził Webski z WRU. Naszym plutonem dowodził sympatyczny Węgier Despy, a całością kompanii, podobnie jak w zeszłym roku, Ace z WRU. Cały ten łańcuch dowodzenia okazał się najlepszą rzeczą, jaka przytrafiła się nam na tegorocznym BW. Dowodzący byli kompetentni, interesowali się swoimi ludźmi i doskonale czuli balans między symulacją, a zabawą.



Nasza grupa przez większość działań dziennych znajdowała się na szpicy i zajmowała nawigacją. Dzięki temu, niemal zawsze byliśmy w centrum wydarzeń, co także przyczyniło się do podniesienia poziomu zadowolenia z The Pestilence Blade.

Pierwsze przydzielone nam zadanie w piątek, to warta. Nie wiem na ile były to wytyczne z góry, a na ile interpretacja Ace'a, ale na szczęście spędziliśmy ją na patrolowaniu terenu w pobliżu bazy, zamiast siedzenia na tyłkach i marznięcia. Cztery godziny od 12:00 do 16:00 minęły bez przygód i zaledwie z jednym kontaktem wzrokowym z niewielką grupą TF.



Przerwa po warcie nie była zbyt długa, a naszym drugim zadaniem było zabezpieczenie... no właśnie, nie do końca pamiętam już czego. Wytyczne zalecały przejmowanie stacji z zegarami, fabularnie było to nawet jako-tako uzasadnione, choć mizerny poziom rekwizytów na BW nie pozwalał przesadnie wczuć się w klimat rozgrywki. Tak czy inaczej, zegary przejmowaliśmy, kilometrów trochę natłukliśmy, a podczas jednej z przechadzek trafiliśmy na duży kontakt z TF. Obyło się bez większych problemów, grupa przeciwników została rozbita z zaledwie garstką rannych po naszej stronie. Po powrocie do bazy (dość późnym) mieliśmy odrobinę czasu na przygotowanie się do działań nocnych.

Zadanie nocne zakładało zorganizowanie zasadzki na przejeżdżający pojazd i przesłuchanie znajdującego się wewnątrz VIPa. Do realizacji zadania zgłosiło się kilkudziesięciu chętnych. I rzeczywiście, był jakiś pojazd, było trochę strzelania, jednak efektu końcowego nie znamy. Większość z nas zginęła od friendly fire z uwagi na brak koordynacji i zgrania w tak dużej grupie. Wróciliśmy do obozu i walnęliśmy w kimę.

Sobota przywitała nas nowymi wytycznymi. Mieliśmy udać się w rejon FOBa, a następnie stamtąd realizować zadania związane z rozpoznaniem i kontrolowaniem terenu w pobliżu linii bunkrów. Po dotarciu do FOBa mocno się rozczarowaliśmy. W przeciwieństwie do ubiegłych lat, tym razem nie było tutaj ani toalet, ani zbiornika z wodą pitną, ani nawet żadnego namiotu mogącego symbolizować polowy sztab. Nie było nic - z wyjątkiem plakatu wiszącego na drzewie, który wydawał się mówić: "tak, wy naprawdę jesteście we właściwym miejscu". Na szczęście to był jedyny zawód, który przeżyliśmy podczas sobotnich działań za dnia. Pod względem ilości i intensywności kontaktów z TF, sobota była dla nas jednym z najbardziej dynamicznych dni jakie kiedykolwiek przeżyliśmy na BW. Było strzelanie na długim dystansie, było nawet krótkie CQB w jednym z bunkrów, były pojazdy, machanie flagami, darcie ryja i niemal cała reszta atrakcji, które mogą spotkać uczestników Border War za dnia. To był naprawdę udany dzień, pomimo że podczas jednego ze starć zostaliśmy całkiem rozbici.



Po odbyciu regulaminowego czasu respawnu w FOBie, otrzymaliśmy nowe wytyczne: udać się w kierunku wioski i tam realizować personalne zadania. Niemalże cała droga do wioski przebiegła bez problemów, jednakże na około 100 metrów przed wejściem na jej teren, wykryliśmy zasadzkę TF. Miała tu miejsce kolejna wymiana ognia, która trwała około 40 minut i zaangażowała w konflikt także "neutralne" jednostki UN, które wsparły TF w walce przeciwko nam. Ponieśliśmy bardzo duże straty (także w RQSie), ale ostatecznie udało nam się wyczyścić obszar z przeciwników i wejść do wioski. Ta okazała się mniej atrakcyjna niż w ubiegłych latach: pozbawiona kantyny i znacznie bardziej zwarta, wręcz klaustrofobiczna. Wkrótce po wizycie w wiosce, udaliśmy się przegrupować z powrotem do MOBa.



Tego dnia czekało nas jeszcze jedno wyjście za dnia. Siłą całej kompanii ruszyliśmy w kierunku wioski, a następnie w rejon bazy Task Force. W ciągłym kontakcie ogniowym udało nam się zepchnąć przeciwnika praktycznie do granic jego własnego obozu, skąd zostaliśmy zawróceni przez game masterów. Podczas wycofywania się, TF wyprowadziło kontratak w wyniku którego część naszych graczy poległa. Niedługo później, ponownie spotkaliśmy się w naszym MOBie.

Nadchodziła noc, w związku z czym wielu graczy zakończyło swoje działania tego dnia. Zważywszy na to, że nocna część zabawy to dla nas priorytet, nie mogliśmy odpuścić nadchodzącej odprawy. Na krótko przed nią okazało się jednak, że część TF zignorowała zakaz wchodzenia do bazy przeciwnika i postanowiła urządzić nam w obozie dywersję. Atak przyszedł, jeśli dobrze kojarzę, z dwóch stron. Jedna z nich nas ominęła, a druga... weszła prosto na nasz otoczony plandekami obóz, który znajdował się na skraju terenu. Warto nadmienić, że chwilę wcześniej przekonfigurowaliśmy wszystkie nasze repliki pod działania nocne. Biorąc pod uwagę to, oraz uprzednio przygotowane zasłony z plandeki... cały atak na naszą flankę zakończył się zanim tak naprawdę się rozpoczął. Przeciwnicy zostali wybici w pień w ciągu kilku minut.



Sądziliśmy, że może to być przedsmak nadchodzącej nocnej misji, ale... przeliczyliśmy się. Wytyczne były bardzo ciekawe: udać się w wyznaczony rejon i odszukać trzech agentów Task Force ukrywających się w terenie, zanim zostaną ewakuowani z terenu przez własne QRF. Na ciekawych zapowiedziach jednak się skończyło. Po dotarciu na wyznaczony teren i dokładnym przeczesaniu go, dostaliśmy informację z HQ, że prawdopodobnie od strony TF nikt nie podjął się tej misji. To było drugie rozczarowanie tego dnia. W drodze powrotnej do bazy natknęliśmy się na zasadzkę przygotowaną przez TF. Mieli pojazd, a my nie mieliśmy żadnej broni AT. Zostaliśmy rozbici.

Widząc duży zastój w niedzielę nad ranem, nie zdecydowaliśmy się wziąć udziału w porannej bitwie. Jak później można było wyczytać z opinii na forum BW, praktycznie do niej nie doszło.


PODSUMOWANIE


Tegoroczna edycja Border War nie może zostać zaliczona do udanych pod względem organizacyjnym. Podwyższone ceny biletów dawały nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. W praktyce okazało się, że nie miały uzasadnienia. Rekwizytów w terenie były śladowe ilości, punkty charakterystyczne wciąż oznaczane były głównie plakatami. Z FOBu zniknęła infrastruktura sanitarna, pojawiły się duże rozbieżności w cateringu dostępnym w bazie TF i w bazie partyzantki.

Także chaos informacyjny nie sprzyjał właściwemu respektowaniu zasad przez graczy, więc nie można ich za to przesadnie winić. Organizatorzy podawali rozbieżne wytyczne dotyczące np. ubioru graczy. Zasady były inaczej sformułowane na stronie BW, inaczej podawali je game masterzy na forum BW, a jeszcze inaczej przedstawione były w WARNO wysłanym do graczy na krótko przed imprezą. To nie mogło się udać.



Najgorszą kwestią pozostaje jednak opisana zmiana dotycząca działań po zmroku. Takie kwestie powinny być opisane jeszcze przed rejestracją, gdyż podawanie ich w dopiero w trakcie rozgrywki, to bardzo duże nadużycie ze strony organizatorów. Wielu graczy może być mocno zniesmaczonych faktem, że z 48H działań zostało zaledwie 32H, a bazy zamienione zostały w kempingi.

Problemów z cateringiem, brakiem zapowiedzianych ekskluzywnych dodatków dla graczy kupujących najdroższe bilety, obsługi imprezy nie mówiącej w "oficjalnym języku imprezy", czy innych pomniejszych niedociągnięć opisywał już nie będę.



Czy w związku z tym tegoroczny Border War można uznać za porażkę? Nie całkiem - jak zwykle sytuację uratowali sami gracze, którzy tworzą niepowtarzalny klimat na Border War. Trzeba także wziąć pod uwagę, że organizacja działań dla innych stron konfliktu mogła wyglądać inaczej, a także że nie wszyscy gracze przyjeżdżają na Border War z nastawieniem na działania nocne. Dla nich wprowadzone zmiany mogły okazać się bardzo atrakcyjne.

Czy planujemy ponowny udział w przyszłym roku? Nasze zaufanie do Border War Crew zostało mocno nadszarpnięte, ale wstrzymamy się na ten moment od jakichkolwiek deklaracji.



Na koniec chciałem podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do uratowania tej edycji Border War i rozpalenia w nas nadziei, że jeszcze tam kiedyś zawitamy. Border War 12 - Op Sentinel Core zostało już wstępnie zapowiedziane.

Dziękuję także moim kolegom za udostępnienie zdjęć na potrzeby artykułu. Autorzy fotografii: Jakub Papciak (Ciapciak), Bartek Papla (Baatt), Bartek Chrząszcz (Łosiu).


Oceń i skomentuj