Trwa wczytywanie...

GFPOINT 2019 - warto było?

26.02.2019 Autor: J.K. Komentarze: 4

GFPOINT 2019 to już zamknięty rozdział. Według mojej wiedzy była to najbardziej wymagająca impreza w historii cyklu. Ten jubileusz na pewno zapamiętam sobie na długo.

Pojechałem. Przeszedłem. Wróciłem. Przemyślałem temat i siadłem do pisania.

A było o czym myśleć, bo w temacie GFPOINT trudno jest napisać już cokolwiek nowego.

Impreza tradycyjnie bardzo mi się podobała i chętnie opisałbym ze szczegółami, jak to gramoliłem się pod górkę, ale wydaje mi się, że czytanie po raz kolejny o trudzie i znoju parogodzinnej wędrówki  zanudzi P.T Czytelników niczym frazeologiczne flaki z olejem, więc w tym roku Wam  daruję. Z moimi perypetiami z lat poprzednich możecie zapoznać się  TUTAJ, TUTAJ i TUTAJ. Zmieniło się głównie otoczenie i detale dotyczące zadań. Reszta w zasadzie wyglądała identycznie. Czas zatem podejść do tematu trochę inaczej.

Oto  5 powodów, dla których NIE WARTO było pojechać jeżeli boisz się, że Twoje wyobrażenie o swojej doskonałości może nie przetrwać konfrontacji z prawdziwym życiem:

http://wmasg.com/uploads/gallery/888bcd8cc9def043449835a7fe93cf37.jpg


1. Zmęczysz się. I to bardzo.

Wchodzenie pod górę ma do siebie to, że z założenia jest męczące, bo grawitacja to złośliwa gnida.

GFPOINT od zawsze polegał przede wszystkim na chodzeniu - ciągle dokądś się wchodzi albo skądś schodzi. W każdym razie najpierw dziarsko się maszeruje, potem dumnie kroczy, a na końcu noga za nogą człapie, pieczołowicie odhaczając na mapie kolejne punkty. Do tego cały czas dźwiga się na garbie całkiem spory zapas nadprogramowych kilogramów w liczbie minimum 14,5. Tym razem poszalałem i zarzuciłem na plecy jakieś 23-24 kg ważone tuż przed startem. Niby mogło to być mniej, ale mam ciężką replikę (ze 4 kg). Poza tym jak zacząłem wyciągać gadżety z chesta (6 kg), żeby zejść do przepisowych 2 kg, to zostałem z pustymi ładownicami, apteczką i batonami. Nie lubię utrudniać sobie roboty, ale miejmy do siebie jakiś tam elementarny szacunek.

Bogatszy o doświadczenia z lat ubiegłych, przehandlowałem część swojej godności na kijki do nordic walkingu. I bardzo dobrze, bo tak trudnej edycji jak 2019 to nie pamiętam - śnieg miejscami sięgający do połowy łydki i zmiany wysokości, których nie powstydziłby się wykres EKG mało nie przyprawiły mnie w jednym momencie o zawał serca. A przecież biegałem, trenowałem... Może niezbyt regularnie, ale starałem się. Cóż, GFPOINT temperuje buńczuczne charaktery.

Jako uczestnik za bardzo też się nie wyśpisz, bo wraz z niemal 250 podobnymi sobie straceńcami zerwiesz się skoro świt ze swojego umiarkowanie wygodnego legowiska na sali gimantycznej i zaczniesz ogarniać sprzęt przed wyjściem. Uczestnicy kategorii Team za to niemal w ogóle sobie nie pośpią, bo kiedy reszta kładzie się spać, oni zaliczają nocny odcinek marszu. Z kronikarskiego obowiązku - w tym roku na starcie pojawiło się 25 4-osobowych ekip zmagających się w klasie Team, 70 uczestników kategorii Professional, ponad 100 ludzi startujących w kategorii Basic oraz blisko 60 zawodników podzielonych na 23 ekipy w ramach nowej, fabularyzowanej kategorii Adventure. Łącznie mniej więcej 350 zapaleńców gotowych poświęcić weekendowe zakupy i wizytę u teściów dla górskiej "rywalizującej wycieczki pieszej".




2. Prawdopodobnie i tak niczego nie wygrasz.

Poza  tym, że dowleczesz się do mety nieludzko zmordowany (lub zmordowana,  bo  reprezentacja Szanownych Koleżanek rośnie w siłę z roku na rok), to  najczęściej jedyną nagrodą, jaka będzie dla Ciebie czekać jest przydziałowa micha grochówki z kilkoma skibkami chleba oraz satysfakcja i duma (lub ich brak) z  pokonania własnych ograniczeń (lub nie). Repliki trafią tylko do trzech najlepszych zawodników/teamów w danej kategorii. 

Jeżeli zapisałeś się na charytatywną loterię fantową, to istnieje szansa, że skapnie Ci swego rodzaju "nagroda pocieszenia". Chociaż przytłaczająca większość maszerujących i tak musiała zadowolić się gadżetami od sponsorów.

A poziom trudności rośnie i to skokowo. W 2013 roku większość uczestników była w stanie ukończyć wyprawę o czasie i z kompletem  punktów. W 2015 ta sztuka udała się nielicznym. W 2017 żeby w ogóle myśleć o podium trzeba było nie tyle odwiedzić każdy punkt, co zrobić  to  w bardzo przyzwoitym czasie. Na  GFPOINT 2019 zaś nikt nie dał rady zaliczyć wszystkich checkpointów. W takiej kategorii Professional tylko jeden uczestnik odhaczył 14. Dwóch pozostałych zwycięzców musiało zadowolić się 13 perforacjami karty.

Wynikało to pewnie z tego, że checkpoint nr 10, gdzie zgodnie z obietnicami organizatora oczekiwały nadprogramowe upominki dla uczestników z okazji jubileuszu imprezy, znajdował się po drodze zupełnie donikąd i żeby tam dotrzeć uczestnicy kategorii Professional oraz Team musieli  nadłożyć dodatkowe 6 kilometrów (3 km tam, 3 km z powrotem).

Wyjątkiem była kategoria Basic, gdzie  komplet punktów zebrała zadziwiająco spora  grupa zawodników, aczkolwiek, po pierwsze checkpointów mieli tylko 12, a  po drugie, to tradycyjnie jedyna  dyscyplina, gdzie organizator nie  obliguje zawodników do noszenia  jakiegokolwiek ciężaru.

I jak do tego podejść? Nie dość, że zamęczysz się, spocisz i zmarzniesz (jak idziesz, to Ci  gorąco, a jak  się zatrzymasz to momentalnie robi się zimno - po prostu nie  ogarniesz), a być może do kompletu obetrzesz sobie biodra i pięty, to jeszcze niemal nic za to nie dostaniesz. Gdzie tu sens? Gdzie logika? Na co to komu? A dlaczego?


http://wmasg.com/uploads/gallery/596f9ef73f205e0309c5d78f4c3f8f6b.jpg


3. Zbytnio sobie nie postrzelasz.

W tym roku pod tym względem było i tak całkiem nieźle, bo dotarłem do trzech miejsc, gdzie przewidziano korzystanie z replik. Za to ostatnim razem moja zabawka była równie przydatna w trasie, co akordeon. Trafiłem na strzelnicę ASG oraz na zadanie polegające między innymi na wyeliminowaniu dwóch  przeciwników krążących po odcinku trasy. Obok mety urządzono jeszcze kill-house w opuszczonym budynku, ale przepłoszyła mnie stamtąd półgodzinna kolejka.  Zresztą były to kwalifikacje do airsoftowych mistrzostw świata  G&G, więc jeżeli  jakimś cudem bym je przebrnął, to byłby to tylko  wstyd i hańba dla  Polski.

Poza tym to przez cały dzień replika tylko ciąży, przeszkadza, zawadza  i ogólnie ma się ochotę zakopać ją w śniegu i zapomnieć o niej raz na zawsze.

Ale strzelanie nigdy nie było głównym celem tej imprezy. Trudno mówić, żeby było nawet celem pobocznym. GFPOINT już od dawna nie ma zbyt dużo wspólnego z airsoftem. Jasne, wyrósł z airsoftowego korzenia, ale sam w sobie przyciąga teraz w znacznej części ludzi, którzy ASG zajmują się od święta, o ile w ogóle mają z nim styczność. W tym roku po raz kolejny pojawili się podchorążowie z Akademii Marynarki Wojennej, Akademii Wojsk Lądowych, gdzieniegdzie mignął mi beret WP, koszulki Straży Pożarnej, a w terenie można było spotkać też członków FIA oraz SGO.

Bardzo dobrze, że z roku na rok GFPOINT coraz dalej dryfuje od airsoftu, przyciągając obok hobbystów, ludzi zajmujących się tym na poważnie. Jeżeli imprezą interesują się organizacje powiązane z MON, to znak, że sprawy idą w dobrą stronę. Impreza zdobywa też rozgłos międzynarodowy. Pojawił się na niej taki Mike odpowiedzialny za organizację Border War.



4. Sprawdzisz siebie i swój sprzęt.

GFPOINT zweryfikował już wielu. Często była to lekcja bolesna na poziomie zarówno cielesnym, jak i mentalnym. No bo jak to tak - ja, wielki weekendowy komandos mam problem z podejściem pod pierwszą-lepszą górkę? Nagle okazuje się, że wyposażenie skonfigurowane pod zlot/strzelanie w lesie obok domu tutaj zupełnie się nie sprawdza. To zawadza, tamto się wpija, a iść trzeba, chociaż plecak źle spakowany i coś robi Ci dziurę w plecach. Czaderskie pustynne buty przepuszczają wodę jak sito,   taktyczny polar  zresztą też. A w dodatku się  zgubiłeś, bo nie ma tu GPS, tylko mapa i  kompas.

Miłośnicy chairsoftu nie mają tu czego szukać. Na GFPOINT jak na dłoni widać, że sprzęt tylko ułatwia robotę, ale nie zrobi jej za Ciebie. Największym plusem tej imprezy jest to, że nie da się siedzieć w krzakach przez cały dzień, siać na przedpole i zachwycać się swoją "specjalskością". Jak jesteś nieprzygotowany, to magiczna replika, Gore-Tex generacji 10,5 i plate carrier utkany z włosia jednorożca nie pomogą.

Z  tego  punktu właściwie są tylko dwie  drogi - albo przyjmiesz lekcję  pokory i  wyciągniesz wnioski, albo  obrazisz się na rzeczywistość i  zaczniesz  wszystkim dookoła wciskać, że  GFPOINT to "cienka impreza bez  klimatu",  żeby wybielić się w swoich  oczach. Pewnie, to drugie  rozwiązanie jest  łatwiejsze. Ale czy na pewno sensowne?

Sam napotkałem w tym roku problem z włożeniem zamka do suwadła w AK i nie zmieściłem się w limicie czasowym przewidzianym na rozłożenie i złożenie broni (60 sekund).  Szat nie rozdzieram, choć gorzka pigułka była.

Cenię sobie tę imprezę za to, że nie przyjeżdżają tu takie mądrale, o których pisaliśmy między innymi w tym tekście.  Oni wiedzą, że tutaj swoje mędrkowanie mogą sobie wsadzić aż w okrężnicę, bo ich bajki o tym, co to nie oni i tak w ciągu może kilku godzin roztrzaska pociąg zwany rzeczywistością.



5. Kolejny GF POINT dopiero za rok.

Co prawda nigdy niczego tu nie wygrałem, chyba że brać pod uwagę szeroko rozumiane korzyści niematerialne, ale i tak fajnie mi się tutaj przyjeżdża. Szkoda, że edycja letnia, o której kilka lat temu krążyły pogłoski nigdy nie doszła do skutku. Biorąc jednak pod uwagę skalę przedsięwzięcia, to może i dobrze. Jeżeli organizator  miałby  robić dwie średnie imprezy rocznie, to lepiej niech skupi się na  jednej, ale porządnej.

Każda odsłona, na której byłem ma w sobie coś, przez co miło ją wspominam, bo na GFPOINT liczą się przede wszystkim improwizacja i odporność. W zmęczeniu łatwo popełnić błąd i znaleźć się w sytuacji, że albo   karnie brniemy dalej pod wiatr do końca szlaku albo złazimy zboczem po kolana w śniegu i dalej błotnistym strumieniem, żeby nadrobić stracony  czas.

Chyba największym minusem imprezy jest to, że nie za bardzo można się zatrzymać i w spokoju pokontemplować sobie dziwy natury, bo czas tak bardzo goni. Zawsze   obiecuję sobie, że przyjadę w miejsca, gdzie toczy się rywalizacja już na spokojnie, żeby sobie przejść całą trasę, bo te miesjca są po prostu niezwykle urokliwe, ale niestety jeszcze mi się nie udało.




Tradycyjne podsumowanie

GFPOINT 2019 przeszedł do historii. W tym roku jestem zadowolony zarówno z imprezy, jak i wyjątkowo ze swojego występu. Udało mi się ukończyć marsz na 13. miejscu w kategorii Professional. Jak dla mnie spory sukces i wielkie zaskoczenie. Tym bardziej, że kolega Śledź, z którym dzieliłem tę wędrówkę - moim zdaniem lepiej przygotowany fizycznie niż ja - ostatecznie uplasował się na 16. pozycji, co jest też wcale niezłym wynikiem, zważywszy na to, że wariat jeszcze pół roku temu kuśtykał o kulach po rekonstrukcji ścięgna Achillesa.

Chcieliśmy wrócić do domu o jakiejś rozsądnej godzinie i nie zostaliśmy na rozdaniu nagród, ale ten moment został uwieczniony we WMASGowej wideorelacji oraz na zdjęciach. Zwycięzcy mają mój szacunek, bo tegoroczne warunki to po prostu była rzeźnia. Według tego, co można znaleźć w Sieci, to w kategorii Pro przodował podchorąży z Akademii Wojsk Lądowych, a jego koledzy z uczelni uplasowali się także na najwyższej lokacie kategorii Team. I bardzo dobrze, że wciągnęli nas nosami.

I to już koniec przygód w gminie Mieroszów. Za rok GFPOINT przeniesie  się  gdzie indziej. Cóż, gdziekolwiek by to nie było - jestem pewien, że organizatorzy w osobie fundacji Gladius wraz ze sponsorem tytularnym w postaci sklepu Gunfire staną na wysokości zadania.

Tak trzymać, Szanowni Państwo, tak trzymać.



Oceń i skomentuj